Sezon górskich wycieczek rozpoczęliśmy w tym roku od Piwnicznej. To małe, urokliwe miasteczko położone w Beskidzie Sądeckim powinno zainteresować zarówno miłośników XIX-wiecznej architektury, górskich wędrówek, jak i … lodów. Na tutejszym ryneczku można bowiem podziwiać Ratusz, czy XIX wieczne domy mieszczańskie, można zjeść przepyszne lody wg lokalnych receptur, a można również – tak jak my – wybrać się do Chaty Magóry.

 

 

Przyznam, że cel naszej pierwszej w tym roku górskiej wędrówki był dość przypadkowy. Nigdy tam jeszcze nie byliśmy, nic też bliżej o niej nie wiedzieliśmy – ot, szukając informacji o Chatce na Obidze, natrafiłem na informacje o Chatce Magóry – czynnej cały rok (także zimą!), oferującej noclegi i dobre (jak się później okazało) jedzonko. A że od Krakowa niedaleko, okolice ciekawe, z opisu wyglądało intrygująco – postanowiliśmy sprawdzić osobiście. I tym sposobem znaleźliśmy się w Piwnicznej, skąd dojechaliśmy do Kosarzysk, gdzie rozpoczyna się niebieski szlak. Z informacji wynikało, że trasa dość łagodna, a przewidywany czas dotarcia do Chaty – 1 godzina.

W teorii tak, ale ponieważ w naszej ekipie było pięcioro dzieci to – jak łatwo przewidzieć – czas wędrówki „nieco” nam się wydłużył. Swoją drogą, zawsze zastanawia mnie to, ile faktycznie dzieciaki robią kilometrów podczas takich wojaży. Dorośli, wiadomo, jest szlak, to od punktu do punktu idą przed siebie, krok po kroku zmierzając do celu. A dzieci? Każdy, kto był na takiej pieszej wędrówce z maluchem, wie jak to wygląda w rzeczywistości: kręci się taki maluch, jak po orbicie, to podbiegnie do przodu, to skręci, żeby sprawdzić, czy to strumyk gdzieś nie szumi, albo co jest za tym wzniesieniem/drzewem, albo co to za kamień leży 300 metrów dalej… i tak przebyte kilometry mnożą się i mnożą.

Tak, czy owak nam trasa zajęła w sumie dwie godzinki. Z resztą sama trasa bardzo przyjemna, z fantastycznymi widokami, że co rusz i dzieci i my – dorośli – robiliśmy wielkie Łał! Co do trudności, to trasa raczej z kategorii umiarkowanych. Miało być co prawda łatwo, bo to przecież dopiero początki sezonu, ale w praktyce okazało się, że jest kilka dość stromych podejść. Oczywiście – jak widać na naszym przykładzie – do przejścia.  Po drodze minęliśmy kilka gospodarstw, położonych z dala od tzw. cywilizacji. Sama Chata Magóra znajduje się na wysoko położonej polanie. I tu już pierwsza niespodzianka, bo na polance tej pasły się konie. Okazuje się, że przy Chacie działa Ośrodek Jazdy Konnej, zatem za opłatą zgodną z cennikiem, możemy np. podziwiać górskie widoki z końskiego grzbietu.

Sama chata urokliwa w swej prostocie. Można też skosztować domowej kuchni. I tu polecam coś, co mnie osobiście absolutnie zaskoczyło, ale i zachwyciło, a  mianowicie: pierogi z pokrzywą. Niebo w ustach! Naprawdę. Wyśmienite. Nigdy wcześniej nie próbowałem, a już wiem, że ja tu po nie wrócę.

Z resztą warto tu wracać choćby ze względu na sam klimat miejsca: swojsko, przytulnie, piękne widoki, zieleń dookoła, czyste powietrze, szum drzew… cisza i spokój. No może to ostatnie akurat nie… Przy piętce dzieci o spokój raczej trudno, ciszę też. Zwłaszcza, że spotkaliśmy akurat przesympatycznych młodych ludzi, pełnych zapału do grania i śpiewania, którzy swą radosną twórczością umilili nam odpoczynek. Z resztą jeden z ich utworów, nagrany specjalnie dla nas, możecie odsłuchać poniżej. Cóż, zamiast ciszy i spokoju, pełna radości wrzawa – też miło. Tak, czy owak odpoczęliśmy.

Trasa powrotna już łatwiejsza, bo z górki. W sumie jakieś 3 km, choć dzieci na pewno znów nadrobiły nieco kilometrów. Muszę im chyba kiedyś założyć jakieś urządzenie do pomiaru przebytej drogi, żeby sprawdzić ile tak naprawdę przechodzą podczas naszych wycieczek.

Nieco zmęczeni dotarliśmy po 19-tej do agroturystyki ekologicznej w Wierchomli Wielkiej, którą szczerze polecamy na nocleg. Przesympatyczni ludzie, cudna okolica, a co najważniejsze: bez zasięgu GSM! Bardzo pozytywne oderwanie od świata. Następnego dnia co prawda gospodarz zdradził mi miejscówkę, gdzie zasięg można „złapać”. Aby tam dotrzeć, trzeba jednak kilkaset metrów pod górę pokonać, no i w sumie: po co?

Zwłaszcza, że na miejscu wszystko, czego trzeba i do tego jeszcze pyszne jedzonko. Zostaliśmy ugoszczeni swojskim serkiem, wytwarzanym na miejscu z mleka krowiego – pychotka. A podobno tutejsze pstrągi jeszcze lepsze. Na pewno wrócimy i sprawdzimy.

Generalnie, otwarcie sezonu mega pozytywne, mnóstwo wrażeń i naładowane energią baterie. Polecamy.

 

Trochę cyferek:

Niebieski szlak z Korsarzysk, 266 metrów przewyższenia.
+/– 3km w jedną stronę.
+/ 2h 45min z dziećmi i jednym piknikiem na trasie w górę 🙂
Nosidełka i chusty dla maluchów mile widziane.
Przyczepka do zaczepienia na szelkach powinna wejść, ścieżki są raczej szerokie/szutrowe trasy.
Polecamy nocleg http://www.kucz.piwniczna.pl
Miłego!

 

Leave A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *