Radość, gitara i śpiew, namioty i bohaterowie

Na wyprawę wybraliśmy w trzy rodziny, w sumie zatem było nas całkiem sporo: sześcioro dorosłych i piątka dzieci. Tym razem wyprawa w Beskid Żywiecki, start z Sopotni Wielkiej, cel: Hala Rysianka.

Dawno już nie byłem  w tych rejonach, ale wśród moich ulotnych wspomnień jawiły mi się one jako pełne swoistego uroku, wyjątkowe właśnie ze względu na tę halę i roztaczające się z niej widoki. I faktycznie, pamięć mnie nie zawiodła, ale wróćmy do początku.

Ruszamy z Sopotni Wielkiej niebieskim szlakiem. Trasa wiedzie najpierw drogą, następnie ucieka w las, co wcale nie jest dobrym rozwiązaniem. Spokojnie bowiem mogłaby prowadzić dalej tą drogą, prowadząc do tego samego punktu, a nie przeciskać się wąską ścieżką przez gęsty, mocno zarośnięty las, stromo w górę. Dlatego proponujemy, żeby jednak iść dalej drogą szutrowo- asfaltową – tak też i my zrobiliśmy wracając.

W połowie trasy zrobiliśmy małą przerwę, by nabrać sił i idziemy dalej.  Pogoda nam sprzyja, słoneczko rozgrzewa do dalszej wędrówki, jednak cały czas mamy na uwadze, że zgodnie z prognozą w każdej chwili może nadciągnąć burza lub opady deszczu. Stąd też musimy dosyć szybko trafić na miejsce, aby rozbić nasze miejsce noclegowe, jako, że podjęliśmy wyzwanie noclegu pod namiotami.

Wyzwanie o tyle wielkie, że plecaki przewyższają nas, wagowo osiągają ponad 20 kg i są momenty na trasie, gdy dzieciaki biegną obok, a my niczym żółwie wdrapujemy się pod górę. Podejście wcale nie łatwe z kilku względów: trasa ponad 5 km (prawie 6), dodatkowo  przewyższenia ok 600 metrów, a ostatni odcinek halą praktycznie pniemy się w górę, co nas wszystkich dodatkowo wykańcza. Ale dzieci pokazały swoją moc! I to właśnie one są bohaterami tej wycieczki. A największym z nich bohaterem jest 4-letni Bartuś, który na sam koniec wyprzedza tatę, mówiąc: „będę pierwszy!” Niewiarygodna moc chęci dotarcia do celu. Bartuś jesteś wielki

Docieramy na miejsce. Przy samym schronisku znaleźliśmy trochę miejsca dla naszej 3-namiotowej bazy więc czym prędzej się rozbiliśmy, bo tak jak zapowiadały prognozy, faktycznie spadł deszcz. Przeczekaliśmy go w schronisku, gdzie zjedliśmy smakowite posiłki. Na szczęście deszcz szybko minął, zatem mogliśmy wrócić do naszego obozowiska i rozpocząć biwakowanie.

Zabrałem ze sobą gitarę, bardzo dawno nie używaną. Nie pamiętam kiedy ostatnio grałem dla znajomych w górskim otoczeniu. A to bardzo fajna sprawa. Przypomniały mi się niegdysiejsze piosenki, które w innych czasach, przy okazji innych wypraw śpiewaliśmy z radością. Piosenki, które dodawały nam mocy i poczucia szczęścia. Ten czar śpiewu z gitarą na obozowisku powrócił – choć przyznam, że początkowo sam nie byłem pewien, czy potrafię jeszcze śpiewać

Część aktywnych rodziców i dzieci – a właściwie prawie wszyscy, bo tylko ja z żoną zostaliśmy na miejscu pilnując bazy, a tak naprawdę leniuchując – poszli dalej na Halę Lipowską. Co tam się działo nie wiem, nie było ich ponad godzinę, ale wrócili pełni radości, szczęśliwi.

Powoli nadeszła noc. Burza przegoniła nas nieco wcześniej do namiotów i śpiworów. Za to rankiem wszyscy skoro świt byli już na nogach. Spakowaliśmy nasze obozowisko i ruszyliśmy w dół, w drogę powrotną.

Ta przesympatyczna wyprawa przypomniała mi po raz kolejny, że nie ważne, gdzie jesteś (choć czasem też ważne), ważne jest to z kim coś robisz. I myślę, że jest to jedna z najwspanialszych ekip i zespołów, z którym można pójść na koniec świata i jeszcze dalej. Dziękuję Wam za to, że byliście, za wspólnie spędzony czas. Dziękuję Tobie Bartuś za energię i wytrwałość, a Wam wszystkim za uśmiechy, radość i śpiewy.

Dziękuję za te chwile – cudowne chwile

Miłego!

Trochę cyferek:

Trochę ponad 5km – trasa średnio trudna, trzylatek dał radę ale końcówka dosyć stroma.

Podejście z Sopotni niebieskim szlakiem, około 2h 50 min bardzo wolnym tempem.

Polecamy! Przepiękne widoki na Hali do zakochania!