Dzień drugi rozpoczęliśmy w Wierchomli Wielkiej, gdzie spędziliśmy noc w agroturystycznym gospodarstwie. Przesympatyczne miejsce i równie sympatyczny właściciel, który na dodatek serwuje pyszny serek, wytwarzany z mleka, pochodzącego z własnej hodowli krów. Jest tu i swojsko i klimatycznie, szczerze polecamy, a sami też chętnie tu wrócimy, jeśli tylko będziemy gdzieś w okolicy.

Dalszy etap wędrówki rozpoczęliśmy od parkingu górnej stacji Wierchomli, czyli Stacji Narciarskiej Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla. Stąd, czarnym szlakiem szliśmy w kierunku „Bacówki nad Wierchomlą” – schroniska PTTK, od którego dzieliło nas – według napisu na tabliczce informacyjnej – nieco ponad dwa kilometry.  Cóż, my ten odcinek pokonaliśmy w niecałe dwie godziny, idąc dość wolno. A właściwie to całkiem wolno. W sumie to tak wolno, że minęło nas pięć, albo sześć grup. Humorów jednak nam to nie popsuło. W tym sporcie, tempo osiągania szczytów naprawdę nie ma znaczenia. Liczy się atmosfera wyprawy, chęci uczestników, sama wędrówka, bycie razem i to, że wspólnie możemy delektować się tą właśnie chwilą. Że jesteśmy razem tu i teraz. Dlaczego o tym mówię? Bo wydaje mi się, że często zapominamy, co w takich rodzinnych wyprawach jest najważniejsze. Stawiamy sobie wysokie cele i albo staramy się przejść jak najszybciej z punktu A do punktu B, albo narzucamy sobie dłuższą trasę, a przecież nie o to chodzi, by bić jakieś kolejne rekordy, po drodze tracąc całą przyjemność z wędrówki. U nas podejście do pieszych wycieczek zmieniło się diametralnie, gdy pojawiły się nasze dzieciaki. Wcześniej, kiedy znaki pokazywały czas przejścia 1,5 godz., my tę trasę pokonywaliśmy w 45 min. Teraz taką trasę robimy w 3 godziny. I szczerze mówiąc: jesteśmy o wiele bardziej szczęśliwi.

 

 

Wracając do naszej wędrówki, sama trasa z pewnością nie była ani trudna, ani wymagająca. W sam raz na otwarcie sezonu. Duża część szlaku prowadzi szeroką drogą przez las. Widoki zaczynają się właściwie dopiero na samym końcu, w przeciwieństwie zatem do Chaty Magóry, gdzie widoki mogliśmy podziwiać nieomal przez całą trasę.
Ale za to panorama, jaka nam się ukazała na finiszu, naprawdę zapierała dech w piersi. Widok, jaki się tam rozpościera jest tak niesamowity, że człowiek nie ma ochoty wracać. Najchętniej zostałby na miejscu i podziwiał tylko zmieniające się formacje chmur nad szczytami górskimi. Naprawdę pięknie.

W samym schronisku dużo ludzi – co właściwie jest normą,  bo to naprawdę często odwiedzane miejsce. Jednak  na szczęście jest tu na tyle przestrzeni, że każdy znajdzie kawałek miejsca dla siebie, tak, by móc w spokoju i ciszy delektować się widokami. I potrawami. Bo kuchnia w schronisku przesmaczna. Ja oczywiście dokonałem znów nowego odkrycia kulinarnego (kolejny dzień to i kolejne odkrycie). Tym razem był to kugiel – tak pyszny, że miałem wrażenie jakbym odkrył całkiem nowe, nieznane mi dotąd kubki smakowe.

Dużym plusem naszej wprawy, a całkowicie od nas niezależnym, była piękna pogoda. Dzięki temu mogliśmy w pełni korzystać z uroków okolicy i cudnych widoków. Choć samo schronisko  przygotowane jest również i na mniej sprzyjającą aurę. Gdy nadciągają chmury burzowe lub pada rzęsisty deszcz, można podziwiać siłę żywiołu z pięknego, zabudowanego i oszklonego tarasu. Ponoć można również skorzystać z wolnostojącej drewnianej sauny fińskiej – jeszcze nie próbowaliśmy, będzie zatem po co wracać.

Podsumowując, te dwa piękne dni otwarcia sezonu były przecudne. Życzę sobie i Wam, by każde kolejne wypady odbywały się w takiej aurze, takim otoczeniu i oby cały rok obfitował w tak niezapomniane chwile.

Trochę cyferek:

Czarny szlak z Wierchomli Małej, 266 metrów przewyższenia.
+/ 1,8km w jedną stronę.
+/ 1h 45min z dziećmi w górę 🙂
Nosidełka i chusty dla maluchów mile widziane.
Przyczepka ciężko raczej.
Zimą raz nie dotarliśmy, ale to wpis na inną okazję 🙂

Miłego!

Leave A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *